Do Varanasi jak to w Indiach bywa dotarlam z opoznieniem, tym razem 2 godzinym i to w sumie dobrze bo jak dojechalam to juz widno bylo. Oczywiscie na dzien dobry przykleil sie do mnie tlumek Indusow tluczaczych mi co jest mi niezbedne i dlaczego tylko oni sa to w stanie zaoferowac. Wzielam wiec riksze od czlowieka, ktory mnie nie nagabywal i pojechalam w glab swietego miasta.
Nasz hotel byl ukryty w gaszczu uliczeka starego miast - prawie jak labirynt, raz wejdziesz i mozesz nie znalezc drogi powrotnej. Zanim weszlam zlapal mnie jakis dzieciaczek, ktory powiedzial, ze mnie zaprowadzi i zaakceptowanie jego pomocy bylo calkiem rozsadnym wyjsciem. Sama na pewno bym nie trafila. Chociaz recepcjonista powiedzial, ze mialam duzo szczescie, ze mnie odstawil na miejsce.
Po krotkim odswiezeniu przyszedl czas na sniadanie - tym razem eurpejskie - tosty z serem i pomidorem. Chyba nigdy nie samkowaly tak dobrze jak tutaj w Indiach;).
Jezeli nie wierzycie, ze na uliczce o szerokosci 1,5 merta moze miescic sie krowa, motor i znajdzie sie jeszcze miejsce dla czlowieka to nie bylicie w Varanasi. Kolejne "niemozliwe a jednak mozliwe" dotyczy ruchu na ulicach. Ciezko okreslic ktorostronny ruch tu panuje. Kazdy jedzie jak chce, a pomiedzy krowy ludzie, rowery, riksze, tuk-tuki i zaledwie kilka samochodow. Kierowcy maja tu tak nieprawdopodobny refleks, ze chyba nigdzie indziej na swiecie, tak nie ma. Musza miec, bo gdyby nie to pewnie populacja Indii zmniejszylaby sie o polowe. O ghatach, gangesie nastepnym razem, bo niedlugo mijaja dwie godziny odkad zaczelam stukac w klawiature, wiec czas zmienic otoczenie.
niedziela, 10 października 2010
jedzie pociag z daleka - Khajuraho 6/7/10
Indie dalej nie przestaja mnie zaskakiwac. Na jedyny bezposredni pociag w tygodniu z Agry do Khajuraho przyszlo mi czekac 8 godzin an dworcu. Na szczescie w mily towarzystwie polskiej ekipy, wiec nie bylo tak strasznie. Jednak 8 godzinne opoznienie daje w kosc. To jeszcze nic, bo do miejsca docelowego dotarlismy z opoznieniem 10 godzinnym. Od dzis juz nie narzekam na PKP. A poza tym na dworcu widzialm peiwrsze wielkie karaluchy wielkosci pol dloni, jaszczurki i cala mase innych sympatycznych robaczkow. Kolejne symptomy rzebywania w Indiach.
W Khajuraho trafiismy do naprawde slicznego miejsca. Hotel prawie jak europejski, troche robakow na podlodze, ale do tego sie przyzwyczailam. Wieczorem (wieczor zaczyna si tu bardzo szybko okolo 18 - 18.30 jest juz ciemno) nasz przewodnik zabrala nas na spacer po swiatyniach i sidzielismy sobie razem z Indusami opiekujacymi sie jedna ze swiatyn pijac czaj, zaprosili nas rowniez do skosztowania jedzenia psowieconego przez bostwo - sprobowalam, z brudnej reki i zyje.
Kolejny dzien od rana zaczelismy zwiedzanie swiatyn Kamasutry. Robia naprade niesamowite wrazenie. Zreszta jak cale Khajuraho. Jest to niewielka wioska, pelan przyjaznych ludzi. Naprawde uroczo, az zaluje, ze tylko jeden dzien tu zostajemy. Zakupilam juz pierwsze indyjskie spodnie, od ktorych zafarbowaly mi sandaly - no coz za jakosc trzeba placic :).
Kiedy spacerowalismy sobie po wiosce ciagnal sie za nami tlumek dzieciakow proszacych o dlugopisy. W tej kwesti zauwazylam, ze Indie przeszly ewolucje.
Kiedys dzieciaki biegaly proszac o "one rupii madame", a turysci aby dzieci nie rozpuszczac i nie uczyc zebrania zaczeli dawac cukierki. Ktos jednak wpadl na pomysl, ze jak sie daje cukierki to dzieciaki wtedy kojarza bialego czlowieka jedynie ze slodyczami. No to madrzy turysci waza teraz dlugopisy.
Po poludniu wyjazd do Varanasi. Podobno to najgorsze miasto w Indiach. Jazda jeepem do Satny uplynela przyjemnie i chlodno - nareszcie, bo tutejsze temperatury mnie wykanczaja. W pewnym moemenice chlusnela na nas struga deszczu, od tak sobie z nienacka.
Tutehsze koleje nadal nie przestaja mie zadziwiac. Krowy a dowrcach nie robia na mnie wrazenia, jednak nie wiem jak to jest mozliwe, ze dwa pociagi jadace w zupeie przeciwnych kierunkach maja ten sam numer i ta sama nazwe. Jak tylko zoabczylam, ze moj pseudopociag nadjezdza ruszylam biegiem przez kadke na drugi eron. Pokazuje straznikom kartke z numer i nazwa pociagu, a oni na to ... nic bo po angielsku oni nie rozumieja juz prawie wsiadalm do pociagu do Bombaju (a powinnam w drugim kierunku do varanasi) kiedy jakis przytomny czlowiek powiedzial mi w zrozumialym dla mnie jezyku, ze pociag ktorym jade owszem nazywa sie tak samo,ma taki sam numer, ale jedzie w przeciwnym kierunku. Dodam, ze zorzumienie nawet po angielsku pani z gosnika graniczy z cudem. Na szczescie do Varansi wyruszamy bez opoznienia.
W Khajuraho trafiismy do naprawde slicznego miejsca. Hotel prawie jak europejski, troche robakow na podlodze, ale do tego sie przyzwyczailam. Wieczorem (wieczor zaczyna si tu bardzo szybko okolo 18 - 18.30 jest juz ciemno) nasz przewodnik zabrala nas na spacer po swiatyniach i sidzielismy sobie razem z Indusami opiekujacymi sie jedna ze swiatyn pijac czaj, zaprosili nas rowniez do skosztowania jedzenia psowieconego przez bostwo - sprobowalam, z brudnej reki i zyje.
Kolejny dzien od rana zaczelismy zwiedzanie swiatyn Kamasutry. Robia naprade niesamowite wrazenie. Zreszta jak cale Khajuraho. Jest to niewielka wioska, pelan przyjaznych ludzi. Naprawde uroczo, az zaluje, ze tylko jeden dzien tu zostajemy. Zakupilam juz pierwsze indyjskie spodnie, od ktorych zafarbowaly mi sandaly - no coz za jakosc trzeba placic :).
Kiedy spacerowalismy sobie po wiosce ciagnal sie za nami tlumek dzieciakow proszacych o dlugopisy. W tej kwesti zauwazylam, ze Indie przeszly ewolucje.
Kiedys dzieciaki biegaly proszac o "one rupii madame", a turysci aby dzieci nie rozpuszczac i nie uczyc zebrania zaczeli dawac cukierki. Ktos jednak wpadl na pomysl, ze jak sie daje cukierki to dzieciaki wtedy kojarza bialego czlowieka jedynie ze slodyczami. No to madrzy turysci waza teraz dlugopisy.
Po poludniu wyjazd do Varanasi. Podobno to najgorsze miasto w Indiach. Jazda jeepem do Satny uplynela przyjemnie i chlodno - nareszcie, bo tutejsze temperatury mnie wykanczaja. W pewnym moemenice chlusnela na nas struga deszczu, od tak sobie z nienacka.
Tutehsze koleje nadal nie przestaja mie zadziwiac. Krowy a dowrcach nie robia na mnie wrazenia, jednak nie wiem jak to jest mozliwe, ze dwa pociagi jadace w zupeie przeciwnych kierunkach maja ten sam numer i ta sama nazwe. Jak tylko zoabczylam, ze moj pseudopociag nadjezdza ruszylam biegiem przez kadke na drugi eron. Pokazuje straznikom kartke z numer i nazwa pociagu, a oni na to ... nic bo po angielsku oni nie rozumieja juz prawie wsiadalm do pociagu do Bombaju (a powinnam w drugim kierunku do varanasi) kiedy jakis przytomny czlowiek powiedzial mi w zrozumialym dla mnie jezyku, ze pociag ktorym jade owszem nazywa sie tak samo,ma taki sam numer, ale jedzie w przeciwnym kierunku. Dodam, ze zorzumienie nawet po angielsku pani z gosnika graniczy z cudem. Na szczescie do Varansi wyruszamy bez opoznienia.
sobota, 9 października 2010
Agra - kadabra 5.10
Niestety z dostepnoscia do internetu, a dokladnie z moim czasem jest srednio, ale bede sie starac nadrabiac zaleglosci, no i robie notatki, zeby pamietac o czym powinnam Was informowac. Internet jest co prawda na kazdym kroku, ale nie zawsze mam czas, zeby przysiasc na dluzej.
Po przygodach z nieodpowiedzialnym hostem, ktory postanowil nie odbierac mnie ze stacji przyszedla czas na oddech i zwiedzanie Agry i mojego wymarzonego Taj Mahal. Rzeczywiscie robi wrazenie, ale z calkiem innych powodow niz mozna by sobie wyobrazac. Po pierwsze droga to Taj Mahal wychwalana przez LOnely Planet prowadzi przez ogrody, moze nie piekne, ale jest to pierwsze miejsce w indiach, w ktorym doswiadczylam ciszy. Poza tym na terenie TM znajduja sie smietniki, poza pakriem nie widzialam ani jednego. Rzecza jeszcze bardziej fascynujaca jest to, ze sa pelne. Indusi wszystko wyrzucaja na ziemie, przez okna domow, pociagow, wiec bajzel tu jest niesamowity. W AGrze odwiedzilam jeszcze fort i dwa bazary - przezycie niesamowite, oczywiscie na tych bazarach.
Jezeli jakakolwiek Polka, w ogloe biala, ma jakiekolwiek kompleksy powinna natychmiast przyjechac do Indii. Ja gdybym zaczela zbierac chociaz po 50 rupii od zdjecia, ktore robia mi tubylcy, to podroz zwrocilaby mi sie z nawiazka. Za kazdym razem gdy uda mi sie zlapac kawalek cienia i usiasc zjawia sie tlumek proszacy o "one picture madame", aby cos kupila, dala jedna rupie czy w ogole cokolwiek.
Dzisiaj odwazylam sie tez zjesc moj pierwszy indysjki posilek na ulicy. Miejsce bylo ekomendowane przez loenly planet, wiec zaufalam i sie nie pomylilam. Restauracja wygladala jak najgorszy z warszawskich chinczykow, za to obsluga i jedzenie - bajeczne. Pierwsza kofta zaliczona.
Z posiadania odmiennej barwy skory wynika jeszcze jedna przypadlosc. Wszyscy zadaja pytanie "Where are you from?" na moja odpwiedz "Poland" padaja rozne odpwoeidzi, oto te najpopluarnieksze i najsmieszniejsze:
- Poland... aaa.... it's a very poor country
- Poland? Do you speak dutch?
- I have many friends from Poland, I've been many times in Poland
Ogolenie wszyscy Polakow znaja, w Polsce byli, niedlugo beda mieli tam matki, zony i kochanki.
A na koniec dnia w moim hotelu spotkalam dwie grupy Polakow, z jedna z nich wyruszam do Khajuraho.
Po przygodach z nieodpowiedzialnym hostem, ktory postanowil nie odbierac mnie ze stacji przyszedla czas na oddech i zwiedzanie Agry i mojego wymarzonego Taj Mahal. Rzeczywiscie robi wrazenie, ale z calkiem innych powodow niz mozna by sobie wyobrazac. Po pierwsze droga to Taj Mahal wychwalana przez LOnely Planet prowadzi przez ogrody, moze nie piekne, ale jest to pierwsze miejsce w indiach, w ktorym doswiadczylam ciszy. Poza tym na terenie TM znajduja sie smietniki, poza pakriem nie widzialam ani jednego. Rzecza jeszcze bardziej fascynujaca jest to, ze sa pelne. Indusi wszystko wyrzucaja na ziemie, przez okna domow, pociagow, wiec bajzel tu jest niesamowity. W AGrze odwiedzilam jeszcze fort i dwa bazary - przezycie niesamowite, oczywiscie na tych bazarach.
Jezeli jakakolwiek Polka, w ogloe biala, ma jakiekolwiek kompleksy powinna natychmiast przyjechac do Indii. Ja gdybym zaczela zbierac chociaz po 50 rupii od zdjecia, ktore robia mi tubylcy, to podroz zwrocilaby mi sie z nawiazka. Za kazdym razem gdy uda mi sie zlapac kawalek cienia i usiasc zjawia sie tlumek proszacy o "one picture madame", aby cos kupila, dala jedna rupie czy w ogole cokolwiek.
Dzisiaj odwazylam sie tez zjesc moj pierwszy indysjki posilek na ulicy. Miejsce bylo ekomendowane przez loenly planet, wiec zaufalam i sie nie pomylilam. Restauracja wygladala jak najgorszy z warszawskich chinczykow, za to obsluga i jedzenie - bajeczne. Pierwsza kofta zaliczona.
Z posiadania odmiennej barwy skory wynika jeszcze jedna przypadlosc. Wszyscy zadaja pytanie "Where are you from?" na moja odpwiedz "Poland" padaja rozne odpwoeidzi, oto te najpopluarnieksze i najsmieszniejsze:
- Poland... aaa.... it's a very poor country
- Poland? Do you speak dutch?
- I have many friends from Poland, I've been many times in Poland
Ogolenie wszyscy Polakow znaja, w Polsce byli, niedlugo beda mieli tam matki, zony i kochanki.
A na koniec dnia w moim hotelu spotkalam dwie grupy Polakow, z jedna z nich wyruszam do Khajuraho.
poniedziałek, 4 października 2010
welcome to india
Mam juz zaliczona pierwsza wycieczke motoriksza, malo nie ogluchlam od wszechobecnych klaksonow. po smrodzie to chyba kolejna rzecz, ktora bedzie mi sie kojarzyc z indiami. Tuz kolo mnie zatrzymal sie tata wiozacy swoje dwa dzieciki na motorze. Dzieci wydawaly sie bardzo zainteresowane moja osoba. Zreszta nie tylko inne nie moege sie uwolnic od gwizdow, hello chica, one rupii madame i innych urokow Indii. Do riszy wsadzil mnie Hindus - orzyjaciel moejgo hosta - wiec przynajmniej nie zostalam oszukana. Jako dzielna i oszczedna turystka postanowilam nie wydwc nie potrzebnie pieniedzy iprzemiscic sie sleeper - czyli chyba najtansza klasa w pociagach. Oprocz mnie spotkalam dwoch ludzi z Chile, ktorzy byli rownie odwazni. Po dwugodzinnym postoju w srodku pola bez klimatyzacji zmienialm jednak zdanie i postanowilam juz niegdy wiecej nie oszczedzac :).
Hindusi w pociagu byli przemili - czestowali mnie cisateczkami i odganiali zebrzace dzieci. Niestety moj host z Agry sie nie pojawil. Dzis dopiero przeczytalam, ze byl pogrzeb bo ktostam zmarl. Ale to jest dzisiaj, a wczoraj bylo wczoraj. Po tym jak przeszlam sie kilka razy w te i z powrotem po peronie (wierzcie, ze sa naprawde dlugie) doszlam do wniosku, ze juz raczej go nie znajde. Wszyscy biali, ktorzy jechali w tym samym pociagu dawno juz poszli, jednak na moje szczescie spotkalam Hiszpanke, ktora co prawda w Agrze nie nocowala, ale byla tu jej przyjaciolka. wiec polecila mi hotel, ktory po pierwszej nocy wydal mi sie niemal mariotem. Czyste lozko, czyste przescieradla, czyste poszewki na poduszki, na kib;eku wisi karta z informacja, ze byl zdezynfekowany. Podobne wisza w europejskich lazienkach. Wentylator troche glosny, ale dzialajacy, no i przmeikna restauracja. tak mi sie spodobalo, ze postanowilam zjesc moj drugi posilek odkad moja noga postanela in indysjkiej ziemi - pieczoen ziemniaki. I musze przyznac, ze nawet nie skonczylo sie to zle.
A teraz kilka elementow z serii welcome not to india.
O Indiach i Indusach krazy wiele opowiesci.
Nigdy nie sluchaj rikszarza - nie posluchalam i mam za swoje. Ow rokszarz powiedzial, ze nie ma po co isc na bazar, bo jest zamkniety. Odziwo mial racje, ale ja sotrzezona przez wszystkich znanych mi ludzi oczywiscie nie posluchalam.
Wszyscy chca Cie naciagnac, nikt nie jest mily bez powodu - to tez nie do konca prawda. Kolejni rikszarze, ktorych chcialam juz wynajac do podrzucenia mnie na bazar wskazali mi droge. Jak sie okazalo wlasciwa (bylam w tym miejscu wczoraj). Ja jednak postanowilam skorzystac z podwozki, a Pan kierowca zatoczylo kolo tak duze, ze wiekszego sie nie dalo - wiem, bo jak zobaczyla, ze ten wspanialy bazar to miejsce, ktore odwiedzilam wczoraj.
Zostalam rowniez pokierowana przez Pana posiadajacego kawiarenke internetowa do innej kawiarenki, zebym mogla zrobic sobie wydruk. A tej kawiarence [peirwszy raz udalo mi sie uwolnic od zapachu Indii. Pachnie jak w klepie indyjskim, ale to lepsze niz to co jest na zewnatrz.
A w westi welcome to india - pokrzykiwania na ulicy, wczoraj taksowkarz chcial mnie przekonac, ze od moejgo hostelu do taj mahal jest 10 km. Oczywiscie jest maksymalnie ze trzy, a do fortu pewnie niecaly kilometr.
Wyrusm, wiec n podboj Taj mahal i reszty Agry. A wieczorem chyba nawet cos zjem, bo rano jakos nie bylam w stanie:).
Hindusi w pociagu byli przemili - czestowali mnie cisateczkami i odganiali zebrzace dzieci. Niestety moj host z Agry sie nie pojawil. Dzis dopiero przeczytalam, ze byl pogrzeb bo ktostam zmarl. Ale to jest dzisiaj, a wczoraj bylo wczoraj. Po tym jak przeszlam sie kilka razy w te i z powrotem po peronie (wierzcie, ze sa naprawde dlugie) doszlam do wniosku, ze juz raczej go nie znajde. Wszyscy biali, ktorzy jechali w tym samym pociagu dawno juz poszli, jednak na moje szczescie spotkalam Hiszpanke, ktora co prawda w Agrze nie nocowala, ale byla tu jej przyjaciolka. wiec polecila mi hotel, ktory po pierwszej nocy wydal mi sie niemal mariotem. Czyste lozko, czyste przescieradla, czyste poszewki na poduszki, na kib;eku wisi karta z informacja, ze byl zdezynfekowany. Podobne wisza w europejskich lazienkach. Wentylator troche glosny, ale dzialajacy, no i przmeikna restauracja. tak mi sie spodobalo, ze postanowilam zjesc moj drugi posilek odkad moja noga postanela in indysjkiej ziemi - pieczoen ziemniaki. I musze przyznac, ze nawet nie skonczylo sie to zle.
A teraz kilka elementow z serii welcome not to india.
O Indiach i Indusach krazy wiele opowiesci.
Nigdy nie sluchaj rikszarza - nie posluchalam i mam za swoje. Ow rokszarz powiedzial, ze nie ma po co isc na bazar, bo jest zamkniety. Odziwo mial racje, ale ja sotrzezona przez wszystkich znanych mi ludzi oczywiscie nie posluchalam.
Wszyscy chca Cie naciagnac, nikt nie jest mily bez powodu - to tez nie do konca prawda. Kolejni rikszarze, ktorych chcialam juz wynajac do podrzucenia mnie na bazar wskazali mi droge. Jak sie okazalo wlasciwa (bylam w tym miejscu wczoraj). Ja jednak postanowilam skorzystac z podwozki, a Pan kierowca zatoczylo kolo tak duze, ze wiekszego sie nie dalo - wiem, bo jak zobaczyla, ze ten wspanialy bazar to miejsce, ktore odwiedzilam wczoraj.
Zostalam rowniez pokierowana przez Pana posiadajacego kawiarenke internetowa do innej kawiarenki, zebym mogla zrobic sobie wydruk. A tej kawiarence [peirwszy raz udalo mi sie uwolnic od zapachu Indii. Pachnie jak w klepie indyjskim, ale to lepsze niz to co jest na zewnatrz.
A w westi welcome to india - pokrzykiwania na ulicy, wczoraj taksowkarz chcial mnie przekonac, ze od moejgo hostelu do taj mahal jest 10 km. Oczywiscie jest maksymalnie ze trzy, a do fortu pewnie niecaly kilometr.
Wyrusm, wiec n podboj Taj mahal i reszty Agry. A wieczorem chyba nawet cos zjem, bo rano jakos nie bylam w stanie:).
smelly delhi
Pierwsze wrazenia takie jak wszyscy opowiadali. Smierdzi. Moze nie tak strasznie, ale zapach jest slodko mdlacy i nie mozna sie od niego uwolnic nawet na chwile. Po pewnym czasie wszystklie Twoje ubrania, a nawet Twoj oddech zaczyna przjemowac ten przkelety zapach.
Samolot byl opozniaony o dwie i pol godziny, jednak moj host dzielnie preczekal caly ten czas. Okazalo sie, ze w samolocie za mna siedzi Polka i calkiem dobrze mowiacy po polsku Neplaczyk, poprosilam ich wiec o pomoc i eskorte do jakiegos sensownego miejsca, gdyby mojego hosta jednak nie bylo.
Ale byl. W dzinsach, bialej koszuli z dlugimi wlosami wygladal jak aktor z hollywoodu, jego samochod rowniez niczym nie odstawal. Wstapila, wiec we mnie wielka nadzieja, ze mieszkanie tez bedzie chodz w polowie tak przyjemne. Nie bylo. Standard jak u Urbanka (moze moja mama lub siostra pokusza sie o wyjasnienie), tylko zamiast lozka zarobaczony materac, a zamiast toalety dziura w podlodze. Ale pomijajac te drobiazgi rodzinka byla bardzo sympatyczna. Na sniadanie zjadlam kromke chleba i banana. Doszlam do wniosku, ze to jedyne jedzenie, po ktorym moj zoladke nie domowi posluszenstwa.
Po drodze, ktra przebylam od lotniska do mojego hosta, przstaly mi przeszkadzac robaki na materacu, co wiecej - nie wiem czy uwierzycie - odwazylam sie zabic dwa swoja wlasna reka. Ludzie leza na ulicach i faktycznie, nie da sie tego porownac z zadnym europejskim standardem. To takie periwsze wrazenia z Delhi.
Nastepnego dnia wstalam, wlasciwie trudno powiedziec, ze wstalam, bo praktycznie nie bylam w stanie usnac. I zaczely sie rytualy poranka, ktore bede powtarzac przez przynajmniej najblizsze dwa tygodnie:
- lyk spirytusu, podobno ma mnie ochroic przez klopotami zoladkowymi, jednak sam zapach jest tak odrazajacy, ze mam ochote zwymiotowac, moze chodzi o to, ze jaklykne to wszystko co zjadlam zwroce i bedzie ok
- antybiotyk - brzmi strasznie tak kolejnosc, ale pomyslalam, ze lepiej nie zapijac antybiotyku spirytusem, wiec biore go jako drugi
- prysznic, dezynfekcja rak i zastrzyk - nigdy nie balam sie strzykawek, pobran krwi i innych tego typu rzeczy, ale wklucie sie samodzielne w brzuch chyba odmmieni moja postawe
- kremy przeciwslaoneczne, tabletki na noge, repelent - jak go w koncu kupie i sygnalek do mamy, ze zyje i wszystko jest ok. Wyruszam do Agry.
Samolot byl opozniaony o dwie i pol godziny, jednak moj host dzielnie preczekal caly ten czas. Okazalo sie, ze w samolocie za mna siedzi Polka i calkiem dobrze mowiacy po polsku Neplaczyk, poprosilam ich wiec o pomoc i eskorte do jakiegos sensownego miejsca, gdyby mojego hosta jednak nie bylo.
Ale byl. W dzinsach, bialej koszuli z dlugimi wlosami wygladal jak aktor z hollywoodu, jego samochod rowniez niczym nie odstawal. Wstapila, wiec we mnie wielka nadzieja, ze mieszkanie tez bedzie chodz w polowie tak przyjemne. Nie bylo. Standard jak u Urbanka (moze moja mama lub siostra pokusza sie o wyjasnienie), tylko zamiast lozka zarobaczony materac, a zamiast toalety dziura w podlodze. Ale pomijajac te drobiazgi rodzinka byla bardzo sympatyczna. Na sniadanie zjadlam kromke chleba i banana. Doszlam do wniosku, ze to jedyne jedzenie, po ktorym moj zoladke nie domowi posluszenstwa.
Po drodze, ktra przebylam od lotniska do mojego hosta, przstaly mi przeszkadzac robaki na materacu, co wiecej - nie wiem czy uwierzycie - odwazylam sie zabic dwa swoja wlasna reka. Ludzie leza na ulicach i faktycznie, nie da sie tego porownac z zadnym europejskim standardem. To takie periwsze wrazenia z Delhi.
Nastepnego dnia wstalam, wlasciwie trudno powiedziec, ze wstalam, bo praktycznie nie bylam w stanie usnac. I zaczely sie rytualy poranka, ktore bede powtarzac przez przynajmniej najblizsze dwa tygodnie:
- lyk spirytusu, podobno ma mnie ochroic przez klopotami zoladkowymi, jednak sam zapach jest tak odrazajacy, ze mam ochote zwymiotowac, moze chodzi o to, ze jaklykne to wszystko co zjadlam zwroce i bedzie ok
- antybiotyk - brzmi strasznie tak kolejnosc, ale pomyslalam, ze lepiej nie zapijac antybiotyku spirytusem, wiec biore go jako drugi
- prysznic, dezynfekcja rak i zastrzyk - nigdy nie balam sie strzykawek, pobran krwi i innych tego typu rzeczy, ale wklucie sie samodzielne w brzuch chyba odmmieni moja postawe
- kremy przeciwslaoneczne, tabletki na noge, repelent - jak go w koncu kupie i sygnalek do mamy, ze zyje i wszystko jest ok. Wyruszam do Agry.
niedziela, 12 września 2010
INDIE
Dawno nie pisałam, ale postaram się nadrobić Walię, Luksemburg i amsterdamskie imprezy.
Jakiś czas temu Jonathan zapytał czy nie chciałabym polecieć do Indii, żeby uczyć dzieciaki w tamtejszej szkole. Chciałam i nadal chcę. Dziś dostałam bilet na 3 października do Delhi. Czasami nie potrafię uwierzyć w to jak wiele szczęście mam w życiu. Obiecuję również, że po przylocie do Indii będę pisać więcej. Jak tylko dostępność komputera mi na to pozwoli.
Jakiś czas temu Jonathan zapytał czy nie chciałabym polecieć do Indii, żeby uczyć dzieciaki w tamtejszej szkole. Chciałam i nadal chcę. Dziś dostałam bilet na 3 października do Delhi. Czasami nie potrafię uwierzyć w to jak wiele szczęście mam w życiu. Obiecuję również, że po przylocie do Indii będę pisać więcej. Jak tylko dostępność komputera mi na to pozwoli.
niedziela, 15 sierpnia 2010
bałtyckie (s)hity
Z nad morza powróciłam.
Po przyjeździe do Polski po bardzo niemiłych przejściach z moim zakwaterowaniem miałam ochotę z powrotem uciekać do Holandii, ale powoli wszystko wróciło do normy, a w niektórych przypadkach nawet lepiej. Dzieci ograniczyły "no Kamila" do minimum, a co więcej zostałam wyróżniona najwyższym odznaczeniem "my Kamila". Słowo "moja/mój" odnosi się jedynie do mamy, czasem do taty. Aż tu nagle po mojej jednodniowej nieobecności dzieci zaczęły się kłócić czyja właściwie jestem. Jakoś udało mi się ich pogodzić mówiąc, że jestem zarówno Daniela i Alicji.
Dźwirzyno, czyli gdzieś pośrodku niczego nad morzem bałtyckim, posiada jedną dużą ulicę i kilka małych. Na dużej są sklepy, przy małych mieszkają ludzie. Oprócz tego jest morze i to tyle. Aha, jest jeszcze jedna kawiarenka internetowa - 3 zł za 15 minut. Stąd też moja nieobecność na blogu. Dlatego też rekordu Agi wynoszącego 100 funtów nie pobiłam, ale udało mi się kupić jedną bluzkę. Jeśli chodzi o Primark - zaczynam nad tym pracować od soboty. W piątek leicimy do Walii, oczywiście sprawidzłam już wszystkie najbliższe Primarki, Panią Monikę wypytałam o TKmaxy, jakieś sklepy z przecenami i wszystko inne czego potrzebuje prawdziwy turysta podróżujący na wyspy.
W chwili obecnej usypiam i piszę nosem po klawiaturze (dwójka dzieci i podróż nocą daje się we znaki), więc dalsze nadmorskie rewelacje będę dozować przez następne dni jako że nie zakładam aby zdarzyło się coś godnego uwagi. Przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że mało piszę :).
Dobranoc.
Po przyjeździe do Polski po bardzo niemiłych przejściach z moim zakwaterowaniem miałam ochotę z powrotem uciekać do Holandii, ale powoli wszystko wróciło do normy, a w niektórych przypadkach nawet lepiej. Dzieci ograniczyły "no Kamila" do minimum, a co więcej zostałam wyróżniona najwyższym odznaczeniem "my Kamila". Słowo "moja/mój" odnosi się jedynie do mamy, czasem do taty. Aż tu nagle po mojej jednodniowej nieobecności dzieci zaczęły się kłócić czyja właściwie jestem. Jakoś udało mi się ich pogodzić mówiąc, że jestem zarówno Daniela i Alicji.
Dźwirzyno, czyli gdzieś pośrodku niczego nad morzem bałtyckim, posiada jedną dużą ulicę i kilka małych. Na dużej są sklepy, przy małych mieszkają ludzie. Oprócz tego jest morze i to tyle. Aha, jest jeszcze jedna kawiarenka internetowa - 3 zł za 15 minut. Stąd też moja nieobecność na blogu. Dlatego też rekordu Agi wynoszącego 100 funtów nie pobiłam, ale udało mi się kupić jedną bluzkę. Jeśli chodzi o Primark - zaczynam nad tym pracować od soboty. W piątek leicimy do Walii, oczywiście sprawidzłam już wszystkie najbliższe Primarki, Panią Monikę wypytałam o TKmaxy, jakieś sklepy z przecenami i wszystko inne czego potrzebuje prawdziwy turysta podróżujący na wyspy.
W chwili obecnej usypiam i piszę nosem po klawiaturze (dwójka dzieci i podróż nocą daje się we znaki), więc dalsze nadmorskie rewelacje będę dozować przez następne dni jako że nie zakładam aby zdarzyło się coś godnego uwagi. Przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że mało piszę :).
Dobranoc.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)