niedziela, 12 września 2010

INDIE

Dawno nie pisałam, ale postaram się nadrobić Walię, Luksemburg i amsterdamskie imprezy.

Jakiś czas temu Jonathan zapytał czy nie chciałabym polecieć do Indii, żeby uczyć dzieciaki w tamtejszej szkole. Chciałam i nadal chcę. Dziś dostałam bilet na 3 października do Delhi. Czasami nie potrafię uwierzyć w to jak wiele szczęście mam w życiu. Obiecuję również, że po przylocie do Indii będę pisać więcej. Jak tylko dostępność komputera mi na to pozwoli.

niedziela, 15 sierpnia 2010

bałtyckie (s)hity

Z nad morza powróciłam.

Po przyjeździe do Polski po bardzo niemiłych przejściach z moim zakwaterowaniem miałam ochotę z powrotem uciekać do Holandii, ale powoli wszystko wróciło do normy, a w niektórych przypadkach nawet lepiej. Dzieci ograniczyły "no Kamila" do minimum, a co więcej zostałam wyróżniona najwyższym odznaczeniem "my Kamila". Słowo "moja/mój" odnosi się jedynie do mamy, czasem do taty. Aż tu nagle po mojej jednodniowej nieobecności dzieci zaczęły się kłócić czyja właściwie jestem. Jakoś udało mi się ich pogodzić mówiąc, że jestem zarówno Daniela i Alicji.

Dźwirzyno, czyli gdzieś pośrodku niczego nad morzem bałtyckim, posiada jedną dużą ulicę i kilka małych. Na dużej są sklepy, przy małych mieszkają ludzie. Oprócz tego jest morze i to tyle. Aha, jest jeszcze jedna kawiarenka internetowa - 3 zł za 15 minut. Stąd też moja nieobecność na blogu. Dlatego też rekordu Agi wynoszącego 100 funtów nie pobiłam, ale udało mi się kupić jedną bluzkę. Jeśli chodzi o Primark - zaczynam nad tym pracować od soboty. W piątek leicimy do Walii, oczywiście sprawidzłam już wszystkie najbliższe Primarki, Panią Monikę wypytałam o TKmaxy, jakieś sklepy z przecenami i wszystko inne czego potrzebuje prawdziwy turysta podróżujący na wyspy.

W chwili obecnej usypiam i piszę nosem po klawiaturze (dwójka dzieci i podróż nocą daje się we znaki), więc dalsze nadmorskie rewelacje będę dozować przez następne dni jako że nie zakładam aby zdarzyło się coś godnego uwagi. Przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że mało piszę :).

Dobranoc.

sobota, 24 lipca 2010

plac dam(n)

Dla niewtajemniczonych krótkie wyjaśnienie na początek: plac Dam to miejsce gdzie znajduje się Pałac Królewski, damn - to po angielsku cholera. Dlaczego tak? Poczytajcie.

Dzisiejszego offa po dostatecznym odespaniu wczorajszej imprezy postanowiłam spożytkować na zakupy. oczywiście przed wyjazdem obiecałam sobie, że będę oszczędzać i nie wydawać pieniędzy na bzdury. Chciałam tylko kupić szorty i sojowe jedzenie dla mojej siostry - czy wiecie, że można tu kupić nie tylko sojowy majonez lub jeśli ktoś woli ryżowy, ale także bitą śmietanę sojową w spraju oraz białą czekoladę sojową lub z mleka ryżowego? Jednak każdy kto zna mnie trochę lepiej niż ja siebie samą wiedział, że oszczędzanie szybko się skończy. Ruszyłam, więc trochę kartę kredytową i kupiłam spódnicę, a potem jeszcze crocsy, bo przecież nie mam klapek na plaże, a 10 euro za takie buty to naprawdę niewiele. Siostrze na kupiłam wszystkiego sojowego i zostawiłam sobie 5 euro na czarną godzinę.

Sklepowa ulica w Amsterdamie jest przecięta w połowie placem Dam. Pierwszy raz kiedy tam byłam w ogóle nie zorientowałam się, gdzie jestem. Dopiero po odczytaniu 3 tabliczek jasno stwierdzających, że znajduję się na placu Dam uwierzyłam. Pałac ogólnie jest brzydki, teraz jednak znajduje się w remoncie i jest cały zasłonięty rusztowaniami, więc wygląda trochę lepiej. Reasumując, biorąc pod uwagę nawet moją wielką miłość do miasta Amsterdamu, mając do wyboru moje warszawskie mieszkanko i Pałac Królewski wybieram Warszawę. Plac Dam powinien być najbardziej reprezentacyjnym miejscem w stolicy, więc sporo się tam dzieje. Dzisiaj na obszarze mniej więcej wielkości warszawskiego rynku spokojnie stali obok siebie Batman, Spiderman, Goryl oraz dwa trupy. A dzieciaki chodziły od jednego do drugiego i pstrykały sobie fotki. Poza popisami żonglerki, jeżdżenia na monocyklu, robienia z siebie idioty, klaskanie uszami i innymi atrakcjami można było też spotkać dwie nawiedzone panie chodzące w tą i z powrotem z plakatami Jezus Alleluja i pięknie nucące takąż piosenkę. Potem pojawiła się grupa turystów, sądzę, że niemieckich, bo było tam dużo Turków i starych ludzi. Polskich emerytów nie stać na wakacje w Amsterdamie. Przeniosłam się, więc w miejsce bardziej odpowiadające moim zainteresowaniom w okolicach muzeów i wygrzewałam się na słońcu przy basenie.

A teraz... Dopiero co przyjechałam, a już się pakuję. Jutro nad morze.

party time

Niniejszym ogłaszam, że mam za sobą pierwszą poważną imprezę dla dorosłych ludzi w Amsterdamie. Oczywiście nic nie zastąpi naszej ukochanej Organzy, ale Amsterdamskie kluby też całkiem dają radę. Ponadto wiem już jak się dostać do domu za pomocą nocnego autobusu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności miał kto mi pokazać, gdzie jeździ kiedy nie jeździ tam gdzie powinien. Do dosyć powszechna właściwość amsterdamskich środków komunikacji: jeżeli jest napisane, że tramwaj/autobus zatrzymuje się na danym przystanku to jedyne co jest pewne to to, że się tam nie zatrzyma, więc swój krąg poszukiwań z 10001 przystanków w mieście zawęziłam do 1000. Zawsze to o jeden mniej.

Muzyka w klubie taka, że nigdy nie sądziłam, że się przy niej będę bawić. Za to ludzie wspaniali i zrekompensowało wszystkie niedogodności. Ponieważ jest tu dużo ludzi o ciemniejszym ubarwieniu skóry nie trzeba się za bardzo martwić o alkohol, bo zazwyczaj znajdzie się ktoś, kto chętnie go przyniesie. A miasto nocą - po prostu bajka. Zakochuję się, więc w Amsterdamie coraz bardziej i co jakiś czas mi przemyka taka myśl, czy by tu nie zostać na dłużej:). Aż mi szkoda teraz do Polski wyjeżdżam, bo znowu będę miała trzytygodniowy imprezowy odwyk :(.

niedziela, 18 lipca 2010

nowomowa

Znajomość angielskiego, a dokładnie jego rozumienie, w bliźniaczy dialekcie idzie mi coraz lepiej. Oczywiście standardowe "nie Kamila", które towarzyszy zawsze i wszędzie, nieważne czy Kamila jest w pobliżu czy też nie, nieważne, czy chce im dać czekoladę czy nakarmić szpinakiem "nie Kamila" jest nam nieodłączne. Chyba, że w pobliżu nie ma rodziców, wtedy też mogę zmienić bliźniakom pieluchę, ubrać ich, a nawet przytulić. Także dzisiaj wysłałam mamę na górę, a tata, gdy wrócił z czyszczenia samochodu... no cóż, jemu też bardzo grzecznie po angielsku powiedziałam, że ma natychmiast iść na górę. Niestety nie dał się odesłać piętro wyżej, więc "nie Kamila"zaczęło się od początku. Z Gimblettami żyć nie umierać. Pan Jonathan znalazł mi wolontariat w Indiach, trochę mi nie do końca odpowiadały warunki, ale jest bardzo zaangażowany w wysłanie mnie na zachód, więc sam zaproponował, że będzie wypytywać i szukać czegoś dla mnie. Kochani ludzie :)

piątek, 16 lipca 2010

kolorowo

Dzisiejszy spacer zakończył się w jednym z najbardziej niezwykłych miejsc Amsterdamu. Wczoraj spacerując zobaczyłam resztki zamykającego się targu ze wszystkim, więc dziś postanowiłam zbadać sprawę, kiedy jeszcze cokolwiek można tam było kupić. Okazało się, że jest to sam środek muzułmańskiej dzielnicy, a tym samym muzułmański targ. Ludzie wszystkich nacji, rzeczy, które można było kupić niesamowite, był na przykład wielki sklep z najróżniejszymi materiałami na sari,. sklepy ze spodniami - alladynami, indyjskimi koszulami i wszystkim co tylko można sobie wymarzyć. Po przejrzeniu wszystkich możliwych pierdół i podjęciu decyzji "to na pewno kupię po wypłacie" poszłam zwiedzić kolejne muzeum. Nie za bardzo mam pomysł jak jego nazwę przetłumaczyć na polski, ale jest to najfajniejsze muzeum jakie w życiu widziałam. Chyba najlepiej pasowała by nazwa muzeum egzotyczne, chodząc po kolejnych piętrach odwiedza się różne kraje i kultury, jest bollywoodzkie kino, można posłuchać jak grają bhutańskie instrumenty, jest wielka wystawa związana z mundialem, no i coś co pokochałam najbardziej - opowiadanie historii. Na pierwszym piętrze jest ogromna część poświęcona bajkom podróżniczym. Pierwsza znich jest wyświetlana na suficie, a oglądający leży na ogromnym łózko - poduszce. Kolejna na wygodnych fotelach z umieszczonym wysoko podnóżkiem, kolejna bajka to teatr cieni i tak dalej. Miejsce cudowne, niestety wpadłam tam niedługo przed zamknięciem, więc już zastanawiam się, kiedy udać się na kolejną - tym razem całodzienna wizytę.

A teraz pożeramy ananasy - Wiola, niania, która pracuje tu na stałe wyjeżdża w niedziele, więc z muzułmańskiego targu przytargałam dwa ogromne ananasy na wieczorną ucztę przy winku.

czwartek, 15 lipca 2010

zabawa w ciepło - zimno

Konformizm... tak chyba można nazwać używając fachowej terminologii moje dzisiejsze zachowanie. Jeśli źle mówię, wszyscy mądrzy magistrzy i nie tylko poprawcie :)

Odkąd przyjechałam do Amsterdamu dziś miałam okazję doświadczyć pierwszego chłodnego dnia w tym gorącym mieście. Wychodząc z domu na całodzienny spacer zabrałam, więc płaszcz i szalik. Ze względu na panującą niską temperaturę najpierw założyłam szalik potem płaszcz, niedługo po tym jak wyszłam z domu. Aby ponownie nie płacić 12 zł za butelkę wody poszłam do pobliskiego centrum handlowego po coś do picia i kawałek czekolady. A w środku niespodzianka... dzieciaki latają w letnich sukienkach, dorośli również na letnio i dodatkowo w sandałach ... i zrobiło mi się głupio, że ja tu w tym moim płaszczu i szaliku gnam przed siebie. Postanowiłam się, więc rozebrać. Może moje ubranie do końca letnie nie było, ale na pewno nie było też zimowe. I tak też marznąc poszłam do tramwaju. Oczywiście osoby, które są już bardziej z Holandią obyte ostrzegały mnie, że tutaj ludzie nawet jak jest 15 stopni to znaczy, że właśnie mamy środek lata, ale nie wzięłam tego za bardzo na poważnie. Także dziś chodziłam i marzłam po Amsterdamie.

A sam spacer był cudowny poszłam w dalekie nikomu nieznane rejony, oglądałam bazary i pchle targi i jak to zwykle bywa skończyłam dzień prawdziwym holenderskim przysmakiem - frytkami. A na wieczór kupiłam butelkę wina, bo uznałam, że się odzwyczaję i później będzie źle.

Łażąc tu i ówdzie, zupełnie przypadkiem trafiłam w sam środek dzielnicy czerwonych latarni. A tam wybierać, przebierać i brać, albo w jakiejś innej kolejności. Widok jak w centrum handlowym, na wystawach można znaleźć wszystko, co komu pasuje - murzynkę lub białą, grubszą czy chudszą, włosy rude lub blond. Do wyboru do koloru. Na temat moich wcześniejszych prób odnalezienia centrum amsterdamskiego burdelu rozwiałam z Fredzią - Holenderką, która sprząta u nas w domu:

K: Wczoraj poszłam do dzielnicy czerwonych latarni, bo chciałam ją obejrzeć po zmierzchu, ale jak się okazało, udało mi się dotrzeć do domu i zmierzchu jeszcze nie było

F: A co pieniędzy potrzebujesz :)?

Póki co pieniędzy nie potrzebuję, ale w moim ukochanym sklepie pojawia się już nowa kolekcja, więc dodatkowe fundusze mogą się okazać przydatne, bo jak do tej pory nikt z moich czytaczy nie pofatygował się o wpłatę na moje konto. Przecież mówią, że żadna praca nie hańbi :P.

Pomimo wielu plusów samotnego włóczenia się po mieście jest jeden, bardzo znaczący minus - nie ma kto robić mi zdjęć, więc Kochani we wrześniu serdecznie zapraszam do Amsterdamu.

Ago - mojej koszulki nie oddam, jest najwspanialsza na świecie :).