poniedziałek, 29 listopada 2010

umierajac ... Chittoor 29.11

... z nudow. Zanim uzupelnie kolejne historie z wakacji co wcale nie jest takie latwe (znowu zabrali nam komputer) przekopiuje cos co niedawno odkrylam na fejsbuku. I co odkrylam u siebie, po dwoch miesiacach nieobecnosci w domu i cywilizowanym swiecie. Chcialabym pojsc na micure bez strachu ze cazki do paznokci beda brudne i zlapie jakiegos syfa. Chcialabym pojsc do sklepu i kupic normalna sukienke bez miliona oczu wgapionych we mnie i ludzi czekajacych na to, ze sprzedac mi jak najwiecej. Chcialabym sie przejechac samochodem bez wszechobecnych klaskonow. Chcialabym pojsc na impreze i napic sie, duzo, a przynajmniej tyle na ile mam ochote bez pelnych wyrzutu i zdziwienia spojrzen, bo jestem jedyna kobieta, ktora kiedykoliwek byla i bedzie w tym obskornym bardze. Marze o tym, zeby zrobic porzadny makijaz, ktory nie rozplynie sie od goraca zaraz piec minut po wyjsciu z domu. Pragne pojsc do kina, nie musi to byc mezczyzna, byle bialy i mowiacy w jakims ludzkim jezyku. A ponad wszystko chcialbym byc w domu z ludzmi, o ktorych nigdy nie zapomnialam. Koniec mojego pobytu zbliza sie wielkimi krokami im blizej tym szybciej mija czas. I sumie nie wiemczy sie cieszyc, ze za chwile juz bede z tymi wszystkimi, za ktorymi tak tesknie, czy tez moze palakac, bo pomimo tych wszytkich rzeczy chyba bede troche tesknic za moimi Indiami. Za Vijji, ktora co chwila podsuwa nam pod nos jakies pysznosci, za tarasem na dachu, za psem, ktory jest prawie tak cudowny jak moje psy, za Brytolem, ktory wyjezdza jutro, za sloncem i moja piekna oplaneizna, pierwsza od kilku lat.

To sie rozpisalm, a pod spodem to co mnie notchnelo:)

Ktoś powiedział, że mój cel życia jest próżny. Żyję dla sukienek Gucciego. Żyję dla Cosmopolitanów. Żyję dla tych kilku zer na koncie. Żyję dla przystojnych chłopców i ich Lexusów. Żyję dla nocy, których nie pamiętam, z ludźmi, których nigdy nie zapomnę. Ż...yję dla samej chęci życia i brania z niego jak najwięcej. Żyję na złość tym wszystkim zawistnym sukom, których marzeniem jest bym zniknęła. Żyję dla manicure , pedicure , make-up'u i stylu. Żyję, dlatego, że kocham to życie, które jest dla mnie najlepszym prefektem. Żyję też dla tego co się jeszcze nie wydarzyło i tego co mnie czeka... I jeżeli to czyni moje życie próżnym... To chcę aby właśnie takim było.

sobota, 27 listopada 2010

and his permanent adress - Cherai Beach 16.11

Moze nie tak do konca wyobrazalm sobie rajska plaze, ale jednak cos w tym bylo. Moze fakt, ze to moja pierwsz kapiel prawie w oceanie, co prawda bylo to morze arabskie, ale kto wie, gdzie jest dokladnie granica miedzy oceanem a morzem. Pogoda, przynajmniej przez pol dnia byla nisamowita, wiec pierwszy raz w Indiach zostalam poparzona przez slonce. A drugie pol dnia spedzilysmy w knajpie popijajac zimne piwko. Czego chciec wiecej. Moze tylko tego, zeby deszcze nie padal. Ale coz zrobic w koncu mamy srodek pory deszczowej, a deszcz pewnie jest lepszy niz slonce, ktore prazy niemilosiernie od rana do nocy.

god's own country - Kochi 14/15.11.2010

Ostatecznie przkroczylismy nasza upragniona granice z Kerala. Po wyruszeniu z Coimbatore swiat zaczal wygladac coraz lepiej, by ostatecznie po dojechaniu do Ernakulam - naszego miasta doceloweg - znowy zaminic sie we wszechogarniajacy balagan. Dziury w drogach wiesze niz gdziekolwiek, ale za to zauwazylismy rzecz niesamowita, a mianowicie swiatla. Ponadto gdy swiatlo bylo czerwone samochody staly, ruszaly dopiero na zielonym. Zaczelam sie zastanawiac, czy moze ten pociag, ktory nas przywiozl, nie byl jakims magicznym pocigaiem i moze przniosl nas w jakis niesamowity sposob do Europy. Jednak tak jak pisalam poza swiatlami i przesgtrzeganiem zasad rucho drogowego nic sie w naszym upragnonym raju nie zmienilo.

Zeby dostac sie do naszego osoatecznego celu wedrowki - do fortu Kochi musielismy jeszcze przedsotac sie promem. Kochi jest polozone na kilku wyspach co sparwia, ze komunikacja wodna jest tu bardzo ppularna. Na przystani promowej ktos krzyknal "welcome to paradise". Mialam ochote zasmiac sie jemu w twarz, bo wcale nie tak wyobrazalam sobie raj. Po dostaniu sie do Frotu Kochi i po dlugich dyskusjach na temat tego jak sie dostac do celu (caly problam polega na tym, ze jezeli cos nazywa sie fortem to wyobrazalm sobie, ze bedzie to jakis fort lub przynajmniej jego riuny, fort Kochi jest natomiast tylko wyspa i ciezko nam bylo to na pocztaku zrozumiec i prosilismy wszystkich, zeby zawiezli nas do fortu) chyba rzeczywiscie wyladowa.lismy w raju. Uliczka pelna turytow, sklepiki z indyjskimi ubraniami dla europejczykow, bizuteria, szaliki, a to dlaczego zupelnie starcilam glowe w tym miejscu to przeurocze kanjpki w stylu warszawskich samych fusow, cafe fajki. Piwo w barach (chyba drinki to juz bylaby przesada).

Najwiksza niespodzianka w Kochi byly dwie Polskie, a co jeszcze lepsze warszawskie podrozniki. Dziewczyny towarzyszyly mi juz do konca mojej podrozy. W Kochi wybralismy sie jeszcze na upragnione Bcakwaters, ktore w sumie niczym wspanialym nie byly. Dzieki temu uda nam sie uniknac Alapuzy i prosto z pol herbaciamych wykonamy skok do oceanu.

niedziela, 14 listopada 2010

z glowa w chmurach - ooty 12/13.11

Chyba zaponialam, ze juz 11 miesiac mamy i poprzednie psoty opatrzalam caly czas jako pazdziernik, ale nic to :). Rozpoczelismy, wiec nasze spontaniczne wakacje. Pierwsze miejsce, jak wszyscy wraz z lonley planet przekonywali, to mial byc cudowny kurorcik w gorach. W gorach rzeczywiscie byl, cudowny raczej nie. W Mysore bylismy tak zmeczeni, ze jakos nie zwracalismy juz uwagi na to, ze autobus kosztuje 3razy tyle co powinien i ze wcale nie jedzie duzo krocej niz normalny publiczny autobus. Zaplaciclismy po 250rupii za podroz do Ooty, ktora jak sie potem okazalo, byla wycieczka dla bogatych indyjskich turystow. Znaczy, ze w Indiach nawet jesli zaplacisz odpowiednio duzo, nie masz gwarancji, ze dostaniesz sie tam gdzie chcesz i kiedy chcesz. Jedyna zaleta tej wycieczki byl przejazd przez dzungle. Malpy skakaly po drzewach, a slon bral kapiel w pobliskiej rzece. Oprocz tego nic specjalnego w tej dzungli nie bylo. W samym Ooty poplywalismy rowerem wodnym po sztucznym jeziorze i to tyle atrakcji. No moze jeszcze jedna byl naprAwde pyszny obiad. W nocy pomimo mojego nowego, podobno cieplego spiwora, prawie zamarzlam. Jednak zima w Indiach potrafi byc byc naprawde zimna. Z samego rana nastepnego dnia zwinelismy sie z Ooty i byla to chyba najpiekniejsza podoz autobusem jakiej kiedykolwiek doswiadczylam. Jechalismy przez chmury i ponad chmurami. Z okna autobusu obserwowalam tylko obloczki przesuwajace sie ponizej nas. Poza pieknymi widokami mialam rowniez mdlosci widzac odleglosc dzielaca mnie od przepasci. W autobusach nie ma drzwi, wiec mialam wrazenie, ze przy gwaltowniejszym hamowaniu poprostu wylece wprost na herbaciane pola rozciagajace sie kilkaset metrow w dol.

czwartek, 11 listopada 2010

wakacje

Magiczna 50 juz minela. Ciekawa jestem ile osob, przeczytalo wszystkie 50 postow i czy uda mi sie kiedys dobrnac do setki :).

Poniewaz szkola nie chce nas juz wiecej z powodow roznych. Glownym jest upierwdliwy wlascicile i fakt, ze Golden Bells ma niecale dwa miesiace, zeby sie przeniesc do jakiego sinnego miejsca, ktorego oczywiscie nie ma. Skutkiem tego moze byc calkowite zamkniecie szkoly. No, ale wciaz mamy nadzieje, ze moze jeszcze cos sie zmieni.

Wiec, poniewaz szkola juz nas nie chce zabieram Brytola na wakacje albo tez on zabiera mnie. Poniewaz rezerwacja pociagu na nastepny dzien, szczegolnie w poludniowych Indiach, jest prawie niemozliwa, znalezlismy pociag, ktory jedzie prawie tam gdzie chcemy na dzisiejszy wieczor. Brytol, wiec niewiele myslac zarezerwowal sleepera, czyli najtansza klase - tylko tu byly dostepne miejsca. Mamy wiec zamiar sie napic i przespac cala noc otoczeni sprzedawcami zabawek, herbaty,ogorkow z sosem do wyboru, naszyjnikow, lancuchow i wszystkich innych smieci dosteonych w pociagu. Juz sie nie moge doczekac. Najpierw gory - Ooty, potem wybrzez Kochi, potem znowu gory - Munnar, Backwaters w Kerali, poludniowy przyladek w Indiach i zobaczymy co dalej.

niedziela, 7 listopada 2010

blogoslawiona 7.10

Nie zwazajac na cyklony i wszystkie inne przeciwnosci losy, postanowilismy nie zmieniac naszych planow i pojechac do zoo pobawic sie z malpami, poglaskac slonie oraz zaprzyjaznic sie z bialym tygrysem. Mina tylko troche mi zrzedla, kiedy zaraz po obudzeniu zobaczylam, za leje. Na szczescie zaraz potem sie rozpogodzilo. To znaczy przestalo lac, a jedynie siapilo. Naprawde bylam zla, ze cyklon nie mogl wybrac sobie innej pory na odwiedzenie Indii. Przez caly dzien padalo mniej lub bardziej. Jak dotarlismy do zoo przyszedl czas na ta czesc bardziej, wiec postanowilismy wynajac cos co jezdzi i ma dach. Nic takiego nie bylo, ale mozna za to bylo za jakies 1,2zl przejchac sie samochodem od jednej klatki do drugiej. Malp nigdzie bylo, chyba stwierdzili,ze skoro zyja na wolnosci doslownie wszedzie to nie ma co ich zamykac w zoo. tym samym ostatecznie juz utracilam nadzieje na pozyskanie nowych znajomych na subkontynencie. Jednak wizyta u sloni wynagrodzila mi wszystko. Strasznie przykro mi bylo kiedy na nie popatrzylam, cztery slonie stoja w rzedzie, przypiete lancuchami do podlogi z obcietymi klami. Stoja tak sobie pod niewielkim daszkiem, pilnowane caly czas przez ludzi i rozdaja blogoslawienstwa odwiedzajacym zoo. Blogoslawienstwo polega na tym, ze trzeba pochylic glowe,a slon dotyka jej swoja traba. po blogoslawienstwie jeszcze je troche wysciskalam i poglskalam, az w koncu pan z naszego samochodziku sie na mnie zdenerwowal, ze za dlugo i kazal mi wracac. Oczywiscie najbradziej zaprzyjaznilam sie z malym sloniatkiem, ale duze tez byly niczego sobie. Z ciekawostek w zoo - biale tygrysy. naprawde nieziemskie. Reszta zwierzat albo pochowana albo nie zainteresowana widokiem bialego czlowieka. Zwierzaki raczej takie same jak i w Warszawie, tylko mniej roznorodnie, za to na wiekszym terenie, co sie im niewatpliwie chwali.

Przemoczeni do suchej nitki (wyprobowalam moj nowy windstoper - nasiaka woda momentalnie, ale rownie szybko schnie) poszlismy zjesc lunch. Kierwoca przy okazji obwiozl nas po polowie miasta, bo koniecznie chcial skasowac wiecej za przejazd, a my poniewaz bylismy glodni, zli, zmarznieci, przemoczeni i wiele innych nawet za bardzo sie z nim nie klocilismy. Jednak warto bylo zaplacic dodtakowe kilkadzisait rupii,ze dostac taki obiad. troche mi glupio bylo wejsc do restauracji (wygladala tak, ze w warszawie w takim miejscu prawdopodobnie moglabym kupic tylko wode)w moich przemoczonych podrozniczych ciuchach, ale kofta, ktora tu serwuja jest najlepsza na swiecie, a przynajmniej najlepsza jaka do tej pory jadlam. Joe zamowil do obiadu jakas salatke, ktora zostala przyozdobiona zielona papryczka chilli. nieswiadom jej palacych wlasciwosci schrupal ja, myslac, ze to zwykla europejska zielona papryka. Konsekwencja byly lzy w oczach, moj smiech przez reszte dnia, niezly ubaw kelnerow, ktorych poprosilismy o pomoc i trzy zjedzone torebki cukru, ktore mialy zredukowac smak chilli.

Powrot do domu odbyl sie iscie Majkelowym stylu. Autobus jeszcze nie zdazyl zatrzymac sie na peronie, a ludzie juz do niego wsiadali w biegu. Takiego tlumu na dworcu do tej pory jeszcze nie wiedzialam.Podobnie bylo na dworcu kolejowym, kiedy zobaczylismy ludzi trzymajacych sie czego sie dalo na zewnatrz pociagu byle tylko jakos sie zalapac na przejazdzke postanowilismy wziac atuobus. tu przynjamniej nie zapakuja, wiec ludzi niz jest miejsca i ktos czuwa nad w miare jakotakim porzadkiem. Konduktor nawet chcial pogonic jakas rodzinke, zebysmy mieli gdzie siedziec, jednak jakos odwiedlismy go od tego pomyslu, co nie bylo takie latwe, bo ani my w hindii nie mowimy, ani on po angielsku.

uposledzenie 6.10

Zazwyczaj po kilku dniach wolnych w szkole nie pojawia sie ponad polowa uczniow, zeby nie sciagac wiec wszystkich nauczycieli klasy sa laczone. Z tego tez powodu dostalam dzisiaj pod opieke obydwie grupy przedszkolne i pierwsza klase, czyli dzieciaki od 3 do 6 lat. Nie musze chyba tlumaczyc, ze dzien okazal sie jedna wielka porazka, biorac pod uwage rowniez to, ze 90% dzieci nie mowi po angielsku, a spora czesc rowniez niewiele rozumie w tym jezyku. Ale dzisiaj nie o tym bedzie.



Zaraz po wejsciu do klasy zoabczylam, ze jeden z chlopcow siedzi z daleka od calej grupy i cos tam sobie tylko skrobie na swojej tabliczece. Poprosilam jego, zeby dolaczyl do reszty dzieciakow i bral udzial w cwiczeniach. Moje proby na niewiele sie zdaly, wiec w pewnym momencie sie poddalam. Zaraz potem zaczal on jednak biegac i bic inne dzieci. Poprosilam, zeby wyszedla na zewnatrz i najwolniej i najbardziej wyraznie jak tylko potrafie zaczelam jemu tlumaczyc, ze tak nie wolno, ze jego zachowanie absolutnie mi sie nie podoba ima natychmiast przestac. Dzieciak tylko sie usmiechnal,cos tam odpowiedzial po swojemu i wrocil do klasy. Za chwile histria zaczela sie od nowa. Poniewaz nie bylam w stanie zrozumiec, co on mowi, on z pewnoscia tez niewiele rozumial z mojej paplaniny poszlam do Vidyi z prosba o pomoc w tlumaczeniu. Kiedy przedstawilam jej moj problem, ona odparla "Aha, zapomnialam Tobie pwoiedziec. on jest uposledzony umyslowo, wiec sie nim po porstu nie przejmuj". (uposledzony - to cytat z wypowiedzi)

Cale Chittoor wraz z reszta stanu zyje wielkim newsem - jutro ma przejsc u nas cyklon. Wspolnie z Joe'em doszlismy do wniosku, ze przynajmniej nie bedzie nudno. Jeszcze nigdy nie wiedzialam cyklonu, a juz na pewno nie bylam w jego centrum.