sobota, 10 lipca 2010

Majkel

Napiszę coś jeszcze o Majkelu. Jak będzie bardziej sławny może rzuci się z euro albo dwa na moją sukienkę. Jak na razie nie odnotowałam żadnych wpłat na koncie.

Jutro mecz, Jonathan- Tata bardo zaangażował się w moje jutrzejsze wyjście. Dostałam torbę - lodówkę i otwieracz do piwa. Także idę w pełni przygotowana na jutrzejsze spotkanie z couchsurferami. W alkohol trzeba zaopatrzyć się oczywiście odpowiednio wcześniej. Na forum Amsterdamski na CS czytałam, że we wtorek w supermarkecie niedaleko miejsca, gdzie transmitują mecz, nie można było kupić ani jednej puszki, a i namioty w których podają ziemne piwko są tak oblegane, że raczej nie ma co marzyć, aby schłodzić się w ten sposób. CS nie zawiódł i znalazłam sobie towarzystwo na jutrzejsze spotkanie. W temacie meczu - ciekawy dialog przy obiedzie:

- Myślisz, że ten mecz będzie transmitowany na telebimach?
- No na żywo raczej go nie zagrają...

czwartek, 8 lipca 2010

Amsterdam - tym razem w realu

No i w końcu udało mi się dotrzeć do Amsterdamu i spędzić w nim trochę więcej czasu. Miałam ogromną chęć zwiedzenia dzielnicy czerwonych latarni po zmroku, ale niestety nie było mi to dane. Jest prawie 23, a za oknem wciąż zmroku nie widać, no może widać, ale niewiele. Zjadłam Majkelowe ciasteczka - rewelacyjne. Postanowiłam też spróbować narodowej potrawy Holendrów - frytek, powinny być z majonezem, ja odważyłam się tylko na ketchup.

Odnalazłam dziś też pewien sklep, a w nim moją wymarzoną sukienkę. Jeżeli ktoś mógłby mi dać euro lub też kilka lub też kilkanaście będę bardzo zobowiązana, szczególnie za tą ostatnią opcję. Kontakt na maila - podam numer konta do zrobienia przelewu.

EURO DO EURO I BĘDZIE BERŁO...

środa, 7 lipca 2010

pomarańczowo

Dziś napisał do mnie Majkel, dokładnie skomentował mojego posta, znaczy to więc, że grono moich odbiorców się poszerza. Może kiedyś wydrukują to jako książkę?

Wczoraj oczywiście Holandię ogarnęło istne pomarańczowe szaleństwo po wygranym meczu. Od jakiegoś czasu w sklepach można kupić wszystko co ma związek z Mundialem. Pisząc wszystko ma to znaczenie dosłowne, gdyż ostatnio w łazience odkryłam papier toaletowy z pomarańczowymi napisami "Holandia do boju" lub coś w tym stylu. Pomyślałam nawet, że gdzieś zwinę jeden taki papier i kiedyś z pewnością będzie on wart bardzo dużo pieniędzy. Aha, nawet rolka w środku jest pomarańczowa. Także mistrzostwa to nie przelewki. Ze względu na jutrzejszego offa idę się zaopatrzyć w coś po pomarańczowego oraz zaczynam szukać towarzystwa na niedzielny finał. Jeśli macie kogoś znajomego w Amsterdamie chętnie skorzystam, jeśli nie pozostaje niezawodny couchsurfing.

Mecz udowodnił również jak bardzo szczelne są moje okna. Bardzo zdziwił mnie brak krzyków, trąbek, wuwuzeli i wszystkiego innego. Na szczęście w łązience okno pozostaje cały czas otwarte, więc w trakcie wieczornego prysznica miałam okazję poświętować z moimi "na - najbliższe - trzy - miesiące - rodakami".

wtorek, 6 lipca 2010

i co jeszcze...

Po kaszlu, katarze spuchniętym gardle, przyszedł czas na kolejny etap wymiany zarazków polsko - amsterdamskiej tzn. zapalenie spojówek. Dlatego też wczoraj nie pisałam, bo nic nie widziałam. Także teambuilding odbywający się w moim organizmie działa jak należy :). Może nawet narodzą się małe polsko - holenderskie wiruski? Na szczęście moja niezawodna rodzinka poczęstowała mnie kroplami z antybiotykiem, więc WIDZĘ.

Aby po świętować moją widoczność wybrałam się dziś na zakupy, czy też raczej oglądanie sklepów. W sklepach nic nie ma w przecenie, a jak jest to nie ma przeceny. Tak czy inaczej wychodzi na to, że nie ma nic co mogłabym lub też chciałabym kupić. Tyle, idę oglądać mecz Holandia - coś tam. Jak wygrają może będę miała kolejnego offa pod warunkiem, że dzieci docenią wysiłek sowich rodaków:).

niedziela, 4 lipca 2010

pierwszy sapcer po Amsterdamie

... skończył się oglądaniem najważniejszych zabytków w Internecie. Odkąd przyjechałam cały czas smarkam, a dziś poziom gilów osiągnął swój punkt krytyczny. Tak więc z niewielkiego przeziębienia przywiezionego z Polski mam amsterdamską grypę. Nowe międzykulturowe doświadczenie - wymiana zarazków Polska - Holandia. Może kiedyś taką zorganizuję. Holenderskie zarazki niewiele się różnią od tych naszych. Jako człowiek o dużej tolerancji na różnorodność staram się zachować spokój, w czym pomagają mi 4 paracetamole.

Tak też mam za sobą pierwszego offa, a także pierwsze głosowanie poza granicami. Oczywiście z pierwszego spaceru po Amsterdamie przyniosłam też pewne pamiątki:

- butelkę wody za 3euro - dokładnie 2, 95 (czyli jakieś 12 zł) czego nie usprawiedliwia nawet fakt, że jej zawartość wynosiła 1,5 litra

- za kolejne 3 euro - a dokładnie 3.05 zakupiłam w lidlu paczkę orzeszków w skorupce, takie jak lubimy z Podzielińską; oryginalne żelki Haribo, jogurt wiśniowy 0,5 litra oraz piernik.

Nasunęło mi to pewne przmyślenia - będę robić zakupy w Lidlu.

Warto też chyba wspomnieć, że woda była wodą zupełnie normalną, gazowaną. Kupioną co prawda w centrum Amsterdamu, ale nie w sklepie z pamiątkami. Napis nad sklepem głosił supermarket, co błędnie sugerowało, że powinno być tam taniej. Kolejną zmyłką przygotowaną dla biednej turystyki był Pakistańczyk wyłaniający się zza lady, oczywisty znak, że w miejscu tym drogo być nie może. A jednak... BACZNOŚĆ I UWAGA NA KAŻDYM KROKU!

I chyba nie będę się już przyznawać ile zapłaciłam za baterie do aparatu...

sobota, 3 lipca 2010

babki z piasku

Poznaję kolejne zakątki Amsterdamu, tym razem trafiłam do piaskownicy i tym samym uświadomiłam sobie, jak dawno temu zrobiłam swoją ostatnią babkę z piasku.

Jutro pierwszy dzień na prawdziwe zwiedzanie miasta, dotychczas jednak zbliżyłam się do Amsterdamu poprzez 5 przewodników. Miasto wydaje się być ciekawe, przewodniki są jednak jeszcze ciekawsze: w Amsterdamie można spotkać najlepszą w Europie indonezyjską kuchnię, być może jutro spróbuję.

I po raz kolejny wypomnę moim ukochanym przyjaciółkom. Kiedyś śmiałyście się, że młoda jestem. A w Amsterdamie w końcu to docenili, dla osób poniżej 24 roku życia jest karta upoważniająca do wstępu do wszystkich muzeów za 100 zł, dla starszych kosztuje dwa razy tyle. Tak więc cieszę się moją młodością w muzeum, a dorosłością w domu Polaka głosują c na Bronka :).

piątek, 2 lipca 2010

co słychać?

Dzisiaj moja siostra napisał do mnie "co słychać", w sumie dosyć często słyszę to pytanie, więc odpowiadam:

słychać głównie dzieci, w tej chwili również przyjemny szum klimatyzacji.

Z tą mieszanką językową maluchów, niedługo będę pewnie całkiem nieźle posługiwać się językiem holenderskim. Jeżeli ktoś chciałby się podzielić ze mną, co u niego/ niej słychać, chętnie posłucham, czy też raczej poczytam.